Opowieści o polskiej majówce, przybierającej w skrajnej formie 10 dni, zjawisku nieznanym w krajach gospodarki wolnorynkowej, cieszą się zawsze zainteresowaniem. W Ameryce 'urlop’ jako regulacja prawa pracy nie istnieje – z prostej przyczyny, to nie ma czegoś takiego jak prawo pracy. 'Urlop’ to bardzie wyraz dogadania się między szefami a pracownikami, dla poczatkujących 10 dni, później 14, później tak do 20… Nie ma jednak opcji, żeby podejść do sprawy na zasadzie „należy mi się”. Do tego dochodzą różnego rodzaju święta narodowe, gdzie cały sektor publiczny nie pracuje, no i większości prywatnego też mają wolne. Niektóre święta są ściśle związane z rocznicą (np. 4 lipca), inne są ustalane bardziej pragmatycznie – np. 2. poniedziałek w listopadzie, czy 3. piątek w marcu etc. Dość popularnym rozwiązaniem jest zrobienie sobie rocznej przerwy… (np. nasza znajoma Polly (lat. 47) po kilku latach ostrego robienia w korporacji, ostatnie 8 miesięcy spędziła z mężem w Argentynie i bardzo to sobie chwali). Tak więc nasz długi weekend, zwłaszcza w wersji majówka + poprawiny w Boże Ciało, brzmi tu niemal jak science-fiction.
My też mamy majówkę. Trochę w innym terminie, ale za to szykuje się naprawdę nieźle. Jutro (tj. poniedziałek) wskakujemy w samolot i o 17.00 jesteśmy w San Francisco. Wracamy za 15 maja.
No to może coś sie bedzie wiecej dzialo na tym blogu jak wrocicie z Westcoast. Bo poki co nuda Panie, nic sie nie dzieje, dialogi kiepskie..
co za maruda z tego mańka 😛
no bo ostatnio nie było jakoś ciekawie… 🙂 jesteśmy w hotelu 8 w Mercad, czyli in the middle of no where, gdzieś 90 mil za San Francisco (to jest dopiero miejscówa!), rano jedziemy w góry (do 4.500 m.), w których żerują niedźwiedzie grizzli i lwy górskie, a w nocy jest temperatura poniżej 0’C. Jeżeli nas nie zjedzą, to powinniśmy coś jutro wieczorem skrobnąć.
No i chyba zjadly was te niedzwiedzie… bo cisza